Lubię podsumowania. Roczne, miesięczne, tygodniowe. Lubię czasem rzucić okiem na blogi osób, które podczytuję i oprócz normalnych wpisów, przepisów i wystylizowanych sesji, zobaczyć także urywki normalnego dnia. Nie jest to dla nikogo nowością, że na portalach społecznościowych w większości przypadków zobaczyć możemy lepszą wersję ich autorów. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą, ani nie motywują smutki i problemy dnia codziennego. Spóźnienie do pracy, na uczelnię, śniadanie w biegu (lub wcale), czy ogólne zmęczenie - jak to by się prezentowało na Instagramie? Dlatego też w ciągu zabieganego dnia ludzie z przyjemnością oglądają zdjęcia gwiazd i konta tych, którzy mają czas na wypicie popołudniowej kawy, czy też na leniwe poniedziałki w domu.
Jednak uważam, że to właśnie pewna doza tej ,,prawdziwości" zbliża do siebie autorów i czytelników. Pokazuje, że przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i nie każdy dzień jest idealnie wyjątkowy.
Jednak jak to jest ze mną? 


 Ostatnie miesiące były dla mnie przełomowe. Prawdziwy rollercoaster: nowy kraj, nowy język, nowe odczucia, nowe wyzwania, nowi znajomi, nowe mieszkanie, nawet nowe zwierzę. Wszystko nowe! Łatwo się w tym wszystkim pogubić. I choć nie należę do osób, które boją się zmian, tym razem wszystko było trochę inne. Zmieniając mieszkania, czy nawet kraj, gdy wyprowadziłam się do Szwecji, miałam w głowie pewien plan - wiedziałam jaki jest mój cel i miałam zarys tego, jak będzie wyglądał kolejny rok. Skończenie wszystkich studiów i szkoleń było wtedy moim priorytetem. Później przyszedł czas na zaplanowanie przeprowadzki do kolejnego kraju - Austrii. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę stoję przed morzem możliwości. Że nie ogranicza mnie nic, oprócz mnie samej. Ale to właśnie jest najtrudniejsze. Wiele osób gubi się przy nieograniczonych możliwościach, nie potrafiąc wybrać tego, co tak naprawdę jest dla nich ważne. Mogąc robić wszystko, wyjechać wszędzie, nie korzystają z tego ze strachu, ale też z wygody, pozostając w tzw. strefie komfortu. 
Ja na szczęście, pozostawiłam swoją dwa kraje w tyle. :-)
 Nie wiem, jak to jest, ale często przytrafiają mi się dobre rzeczy. Mówi się, że to dobra karma. Ale nie oznacza to, że każdy dzień usłany jest różami. Po wspaniałej, trzy tygodniowej podróży po Bałkanach przyszedł czas na zmierzenie się z tym, co tak naprawdę chcę robić w Austrii. Przyzwyczajona do szwedzkiej otwartości na język angielski (zwłaszcza na uczelni), mocno zdziwiłam się, gdy okazało się, że pomimo możliwości porozumiewania się w mieście właśnie w tym języku, możliwości związane z uniwersytetem, czy pracą są ściśle ukierunkowane na język niemiecki. Nie była to najwspanialsza wiadomość, biorąc pod uwagę, że oprócz płynnego angielskiego i podstawowego francuskiego, niemiecki był mi kompletnie obcy. Ba, austriacki również!
Planując doktorat na tutejszej uczelni spotkałam się także z niemiłą niespodzianką. Mój wymarzony kierunek został zamknięty, a jedyna angielska opcja dotyczyła działu, z którym owszem, miałam do czynienia, jednak nie byłby to mój pierwszy wybór. Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kropce. Przeszukiwałam angielskojęzyczne oferty pracy, oferty dla asystentów i wykładowców na uczelni, stresując się i nie słuchając kompletnie R., który powtarzał, że:
a) wszystko się ułoży 
b) nie ma sensu stresować się na zapas 
c) na pewno znajdę dla siebie coś odpowiedniego, ponieważ mam świetne wykształcenie 
I nie zgadniecie, co się później okazało?
No jasne! Że wszystko się ułożyło, nie było sensu się stresować i znalazłam dla siebie coś odpowiedniego, dzięki dobremu CV i... zbiegowi okoliczności. :-) 
Bowiem znalazłam pracę marzeń przypadkiem. W lesie!
 Dwa powyższe zdjęcia związane są właśnie z moją pracą. Słoneczne zdjęcia są z biura, zaś miasto to widok z restauracji Schlossberg w Graz, gdzie wzięłam udział w spotkaniu z delegatami. Jednak odnosząc się do samej sytuacji powyżej. Ten stresujący czas nie trwał długo, choć dla mnie to była prawdziwa wieczność. Nie mogłam skupić się na niczym innym. I dlatego uważam, że warto o tym wspomnieć. Żeby pokazać, że trudne chwile też się zdarzają. I że trzeba korzystać z okazji, nie bać się ryzykować. A stresujące momenty będą tylko fragmentem naszych opowieści.
Moja rozpoczęła się dość zabawnie. Na początku października odwiedził nas nasz polski znajomy, który postanowił przedostać się autostopem z Polski do Hong-Kongu (nie żartuję!), przy okazji przywożąc mi parę rzeczy z Polski i świetną ramkę-pamiątkę. Żeby pokazać mu Austrię i Graz od najlepszej strony, zorganizowałam małe zwiedzanie i spacery po górach. Podczas jednego z takich spacerów po okolicznym wzgórzu, szybko zrobiło się ciemno, jednak nie zraziło nas to. Podobnie jak innego wędrowcę, który schodząc z kijkami nordic-walking zagadał do nas po angielsku, słysząc fragment naszej rozmowy. Zainteresowany tym, co tu robimy i skąd pochodzimy, przedstawił się (i swoją profesję), porozmawiał z nami krótko, a na koniec... wręczył nam swoją wizytówkę.
Raczej nie codziennie spotyka się w lesie takie tajemnicze osobistości, a już w szczególności nie dostaje się tam wizytówek. I oprócz tego, że była to dość zabawna, choć miła sytuacja, nikt raczej nie zrobiłby z tym nic więcej.
Po wyszukaniu imienia właściciela firmy w internecie pojawiło się w mojej głowie tylko jedno zdanie: ,,Kurcze, gdybym wiedziała, czym się zajmuje to bym zapytała o pracę". Wiedząc, że byłoby to świetne połączenie z moimi studiami, pół-żartem, pół-serio po namowie R. postanowiłam napisać maila.
Po najbardziej pozytywnej rozmowie kwalifikacyjnej, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić (z ogromnym bufetem i szampanami Moët), stałam się jedynym angielsko-języcznym członkiem ekipy wśród samych Austriaków. Brzmi jak wyzwanie? :-) Od teraz może być już tylko lepiej!
 A teraz wracając do bardziej przyziemnych rzeczy, zaczynając pierwszą poważną pracę zrozumiałam, że zarządzanie swoim czasem to jedna z tych rzeczy, których koniecznie muszę się nauczyć. I choć atmosfera w pracy jest świetna, a w większości przypadków sama jestem sobie szefem w organizowaniu zadań, to zaczęłam tęsknić za możliwością spędzenia popołudnia w domu. :-) Na szczęście z wieczorami nie ma problemu i takim sposobem drugi rok z rzędu zawitałam na E.O.F.T (European Outdoor Film Tour), który jest pokazem filmów sportowych.
 Motywacja do nauki niemieckiego (bądź austriackiego :-)) jest tu niezbędna. Choć książki i płyty są tu przydatne, rozpoczęcie podstawowego kursu w szkole językowej było zdecydowanie dobrym krokiem. Oprócz tego staram się osłuchać z językiem w pracy i podłapywać jak najwięcej słów. Nie boję się mówić i to jest zdecydowany plus. A na zdjęciu obok październikowe świętowanie moich urodzin przy wieży zegarowej w Graz (Uhrturm).
 Miłym prezentem od mamy było podesłanie mi Gazety Lubuskiej, w której pojawiłam się wraz z R. w artykule poświęconym podróżom. A po prawej stronie mój urodzinowy upominek od Lisy! :)
 Jesień w Graz i ogólnie w Austrii była piękna, słoneczna i kolorowa. Było to zdecydowane przeciwieństwo Falun w Szwecji, gdzie niemalże każdy dzień był... czarny. :-)
 Potreningowe przekąski to coś, co lubię najbardziej. Choć aktualnie w czasie adwentowym bardziej kusi wszystkich grzane piwo, wino lub poncz. Moim ulubionym jest ten o smaku pierniczkowym z bitą śmietaną. Mniam! W mieście pojawiły się też słynne odwrócone choinki.
 I fragmenty z bałkańskich podróży. Jeszcze przez pewien czas będę tu publikowała relacje z wakacji dla ocieplenia aktualnych temperatur, które mamy za oknem.
 Moje nowe mieszkanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Przestronne, jasne, z balkonem i widokiem na pobliskie góry - to lubię! Zaczęłam też powoli dekorować ściany swojego pokoju. A po prawej stronie prawdziwa austriacka zima, która zaczęła się już na początku listopada. Choć w miastach raczej tego nie doświadczymy zbyt prędko, to w Alpach śniegu jest już pod dostatkiem!
 Tablica-naklejka to świetny sposób na urozmaicenie. Jedna z nich pojawiła się na drzwiach pokoju i służy za planner dla R. oraz za miejsce dla moich bazgrołów.
 Kot w domu to zdecydowany plus. Minusem jest to, że miauczy z samego rana w wolne dni. :-)
 Bliskość gór i natury to coś, co kocham w Austrii. I te widoki! A po górskich wycieczkach najlepiej skusić się na ciasto. Na przykład o smaku awokado z kakao. Przepis w zakładkach.
 Wakacyjne wspomnienia to coś, do czego lubię wracać i wkrótce też postaram się przyozdobić nimi moje ściany. Chciałabym też poświęcić więcej uwagi dekoracjom. Do tej pory nie był to mój priorytet. Oprócz lampek (fairy lights) i świeczek, czy paru zdjęć, nie skupiałam się na tym zbytnio, ponieważ wiedziałam, że wkrótce zmienię mieszkanie i przeprowadzka z dużą ilością rzeczy nie jest zbyt wygodna. Teraz trochę zmieniłam zdanie. :-) Dobrze mieć coś, co ociepli wnętrze i sprawi, że będzie bardziej domowo.
A co u was słychać? :-) Jakie są wasze plany na przyszłość?

 Moje wyobrażenia o Sarajewie były dość powszechne. Szczerze mówiąc spodziewałam się po prostu bardzo biednego kraju z poprzedniej epoki. Oprócz oczywistych historycznych faktów i położenia geograficznego, nie wiedziałam więc zbyt wiele o tym miejscu. Z otwartymi umysłami wyruszyliśmy więc w podróż, aby przekonać się na własnej skórze, jak tam jest. Nasza trasa uwzględniała przejazd z Chorwacji do Bośni i Hercegowiny, której Sarajewo jest stolicą, a później ponowny powrót do Chorwacji, którą przemierzaliśmy wzdłuż wybrzeża.
Na początku łapałam się na tym, że za każdym rogiem starałam się wyłapać jakiś znak potwierdzający moją tezę. Samochody starszej daty, małe wioski mijane po drodze, ludzie pracujący na polach uprawnych, aż w końcu naprawdę stare tramwaje. Szybko jednak zrozumiałam, że i owszem, Bośnia i Hercegowina jest biedniejszym krajem niż Polska, czy Chorwacja, jednak nie odbiera to jej żadnego uroku. Podobnie też było z samym Sarajewem. 


 Po przyjeździe do miasta byłam zaskoczona tym, jak... normalnie wyglądało. Źle to brzmi, prawda? Ale tak właśnie było. Przemierzając główne ulice, starając się dojechać do centrum przy podążaniu za znakami, zauważałam wiele podobieństw i różnic między Bośnią a Polską. Ciekawostką był też dla mnie fakt, że język chorwacki oraz bośniacki były dla mnie zrozumiałe w znacznym stopniu. Słuchając chorwackich wiadomości w samochodowym radio nie miałam problemu z ich komunikatami, zaś bośniacki w większości przypadków był dla mnie zrozumiały przy próbie odczytania czegoś. Wszystko to z pewnością dzięki podobieństwom języków słowackich, do których zaliczany jest także język Polski.
Jeśli zaś chodzi o nasz dzień w Sarajewie, staraliśmy się odkrywać miasto po prostu podczas spaceru. Nie skupialiśmy się na żadnym planie zwiedzania, nie mieliśmy też na niego zbyt wiele czasu, ani wiele nie oczekiwaliśmy - tu na szczęście zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni. Zwłaszcza jeśli chodzi o stare miasto, przypominające turecki bazar. Ten klimat był po prostu niesamowity!
 W mieście można było odnaleźć wiele międzykulturowych powiązań. Kolorowe dywany, meczety, ale także różnorodne restauracje, dania z całego świata i słynna, słodka Baklava. Sarajewo wbrew moim oczekiwaniom okazało się przepiękną stolicą, która zachęciła nas do odkrywania innych zakątków.
Spacerując ulicami miasta zobaczyliśmy też słynną bibliotekę i mieliśmy okazję podziwiać widoki, które do tej pory widywałam tylko na zdjęciach w podręczniku do historii. Nie mogłam także odmówić sobie zakupienia magnesu, który później dołączył do kolekcji na lodówce u mojej mamy.
Teraz wiem już też, że jeden dzień poświęcony na zwiedzanie to zdecydowanie za mało, choć wyjeżdżaliśmy z uśmiechami na twarzy, pomimo deszczu.
A jakie są wasze odczucia co do Sarajewa?

Wild camping in Croatia
Podwodna Chorwacja zachwyca widokami

Biwakowanie na dziko w Chorwacji czy oferty biur podróży?

Na pewno zdarza wam się rzucić okiem na zdjęcia rajskich widoków; może nawet na wakacyjne ujęcia znajomych, których słoneczna galeria na portalach społecznościowych przyprawia o ciarki, gdy za oknem mamy deszcz i chlapę. Ale cóż, to wszystko kosztuje, a wspaniałe wakacje wymagają ogromnych oszczędności. Prawda? Co powiecie więc na to, że w czasie trzy tygodniowej podróży po Bałkanach spędziłam z R. tydzień w samej Chorwacji, pływając i odpoczywając na rajskich plażach, przy czym suma noclegów wyniosła nas... 10 euro! 
Niemożliwe?
Wszystko sprowadza się do tego jaki mamy pomysł na podróż. Oczywiście, jeśli interesowałyby nas tylko oferty z biur podróży w pięciogwiazdkowych hotelach, moglibyśmy zapomnieć o takim budżecie, jak i o odkrywaniu wielu miejsc na własną rękę. Ale w przypadku, gdy podróżnicy są elastyczni i otwarci na niekonwencjonalne opcje - dlaczego nie?
Jak więc przygotować się do spania na dziko w Chorwacji? A przede wszystkim gdzie się zatrzymywać?
Czytajcie dalej!

Jak spać w samochodzie? 

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach, naszym środkiem lokomocji (i jednocześnie głównym wydatkiem) był samochód, dzięki któremu nie mieliśmy problemów w odnalezieniu upragnionych miejsc na postój. Na szczęście nie zawiódł nas nawet w trudnych warunkach i wróciliśmy do domu cali i zdrowi. Jednak samochód służył nam nie tylko do przemieszczania, ale także do spania. Oprócz namiotu i nadmuchiwanego materaca mieliśmy ze sobą materac piankowy zwinięty w rolkę i ułożony na tylnych siedzeniach. Bagażnik zaś pomieścił skrzynkę z przyborami kuchennymi (kuchenka gazowa, prowiant, sztućce itp.) oraz nasze torby. 
Gdy decydowaliśmy się na spanie w samochodzie (które było bardzo wygodną i bezpieczną opcją), składaliśmy przednie siedzenia i dosuwaliśmy je możliwie jak najdalej do przodu. Układaliśmy materac na wierzchu (miał specjalne wycięcie na element fotela kierowcy, który nie składa się idealnie płasko), zaś skrzynka i bagaże z tyłu były ustawione idealnie tak, by nie wystawać. Konstrukcja ta pozwalała nam na uzyskanie prosto ułożonego materaca, który wraz z naszymi poduszkami i śpiworami służył za świetne, duże łóżko. Wszystkie okna zasłanialiśmy przed słońcem, by nie budzić się o piątej nad ranem (wszystkie gadżety do tego kupiliśmy w OBI).
Nad ranem z powrotem rolowaliśmy materac i składaliśmy siedzenia, co zajmowało kilka sekund - dostęp do bagaży i jedzenia pozostawał bez zmian. Do jazdy układaliśmy wszystko tak, aby nic nie zasłaniało widoku kierowcy.

Spanie na dziko - opcja dla młodych 

Nie da się ukryć, że tego typu sposób podróżowania to zazwyczaj domena młodych osób, najczęściej par lub grup przyjaciół. Oczywiście nie w stu procentach, jednak ciężko mi sobie wyobrazić rodzinę z dziećmi podróżującą w taki sposób (nie wliczając w to przyczep campingowych).
Dużo wolnego czasu i stosunkowo niski budżet, który można przeznaczyć na podróż - w wielu przypadkach tak właśnie powstają plany zwiedzania na stopa, z namiotem, czy też właśnie tak jak my: samochodem. 
Mylne jest natomiast stwierdzenie, że tego typu podróż to odmawianie sobie wszystkich przyjemności, spanie w niekomfortowych warunkach i ,,umęczenie się" zamiast relaksowania. Nie jest to opcja dla każdego, jednak my mieliśmy z tego ogromną frajdę! Było wygodnie, prosto, dokładnie tak, jak tego chcieliśmy. Choć akurat należymy do takiego typu podróżników, którzy wymęczyliby się siedząc w hotelu z basenem i oglądając codziennie te same widoki. :-) 

Czy można spać na dziko w Chorwacji?

Niestety podobnie jak w Polsce, Chorwacja oficjalnie nie pozwala na noclegi poza wyznaczonymi do tego miejscami i polami campingowymi. Jeszcze gdy mieszkałam w Szwecji cieszyłam się z panującego tam prawa znanego jako ,,allemansrätte", czyli prawnej możliwości każdego człowieka do cieszenia się tamtejszą naturą a także do spania w niemalże każdym miejscu (oczywiście oprócz prywatnych posesji - chyba, że właściciel na to zezwala), dopóki nikomu nie przeszkadza się swoją obecnością i niczego się nie niszczy (i nie śmieci). Wspominałam też wtedy o specjalnym, darmowym domku w lesie, z którego skorzystałam ze znajomymi (tutaj). 
Bałkany są jednak świetnym miejscem na tego typu wyprawy, a stale rosnąca liczba turystów wybierająca takie niekonwencjonalne metody zwiedzania tamtego regionu mówi sama za siebie - oczywiście jeśli tez zdecydujecie się na camping na dziko musicie mieć prawne regulacje na uwadze, choć z doświadczenia wiem, że dopóki niczego nie zniszczycie i nie pozostawicie po sobie śmieci, nikt nie będzie miał ku temu żadnych obiekcji. 

Jak znaleźć w Chorwacji idealne miejsce do biwakowania za darmo? 

Wszystko zależy od sposobu, w jaki podróżujecie. Inaczej będzie to wyglądało w przypadku pieszych wędrówek (zdecydowanie ułatwiony dostęp do wielu miejsc), a inaczej gdy wyszukuje się takich okolic, w których będzie można także bezpiecznie postawić samochód. Niestety ogranicza to nasze wybory, ponieważ wiele pięknych plaż nie miało odpowiedniego dostępu, czy też drogi - odpuszczaliśmy więc takie miejsca i nigdy nie parkowaliśmy też zaraz przy ulicy, czy na zakręcie ze względu na własne bezpieczeństwo. Ustawione tam krzyże, czy znicze skutecznie zniechęcały nas do takich okolic. Jednak w praktyce odnalezienie idealnego miejsca do campingowania wcale nie jest takie łatwe. Za dnia większość najbardziej znanych miejsc jest oblegana przez turystów, zaś jadąc wzdłuż wybrzeża nie zawsze można dostrzec to, co znajduje się poniżej. 
Naszą taktyką było spędzanie każdej nocy w innym miejscu i zazwyczaj udawało nam się znaleźć kolejną lokalizację w przeciągu 1-3 godzin jazdy, aby móc nacieszyć się dniem na zewnątrz, popływać i przygotować obiad, czy kolację. Najlepszą metodą jest podróż w dół wzdłuż chorwackiego wybrzeża i trzymanie się w pobliżu mniejszych, mniej turystycznych miejscowości. Większa szansa na znalezienie idealnej plaży jest więc od Puli do Zadaru, niż w okolicy Dubrownika. Wypatrywanie plaż tuż za zakrętami to także jedna z rad, która sprawdzała się u nas najczęściej. Omijanie plaż publicznych, centr miast oraz turystycznie ciekawych miejsc to także klucz do sukcesu. Gdy nie ogranicza was samochód, piesze wędrówki z pewnością pozwolą wam odnaleźć wymarzony punkt z widokiem na morze. 
Metody te sprawdziły się u nas w ciągu całego tygodnia, a jedynym momentem, gdy zapłaciliśmy za nocleg był właśnie wspomniany Dubrownik (poczytacie o tym tutaj). Oczywiście suma ta nie obejmowała kosztów paliwa, ani jedzenia, jednak wszystko to było wliczone do naszego budżetu.

Moje ulubione miejsca do spania na dziko w Chorwacji

1. ,,Psia plaża" (GPS: 45.06'39.7"N, 14.49'53,6"E) - mój zdecydowany faworyt. Nawigacja poprowadzi was tam bez problemu po piaskowej drodze, na której bez problemu zmieszczą się dwa samochody (zawsze obawiałam się zbyt wąskich tras). Dotrzecie do brzegu morza, gdzie możecie napotkać innych podróżników wraz z ich samochodami-camperami. Całość jest czysta, zejście do plaży kamieniste, jednak można rozłożyć tam ręczniki. Sen z widokiem na morze i szum fal: to jest to! A sama plaża to świetne miejsce na kąpiel. Świetne miejsce, do którego chętnie wrócę na dłużej (zdjęcie stamtąd poniżej). 
 2. Okolice Karlobag przy campingu Luna (GPS: 44.31'25.8"N, 15.04'41.8"E)
To również bardzo wygodne miejsce dla podróżujących samochodem. Widok na pobliską wyspę zdecydowanie dodaje całości uroku a w okolicy zobaczycie zaledwie kilku turystów i rybaków. Miejsce na kąpiel bez zastrzeżeń z pięknymi widokami.
 3. Dzika plaża za miejscowością Split (tu jednak brakuje zapisu GPS) - było to moje trzecie ulubione miejsce ze względu na bliskość morza. Niestety w przeciwieństwie do poprzednich, ta zlokalizowana była stosunkowo bliżej ulicy - jednak parkując w odpowiednim miejscu nie słychać było żadnych hałasów, ani nie narażaliśmy się na niebezpieczeństwo. Oprócz nas zaparkowało tam kilka innych turystów podróżujących w ten sam sposób. Zdjęcia poniżej.

Gdzie się kąpać w czasie spania na dziko w Chorwacji? 

W ramach podsumowania serii o podróżach po Chorwacji chciałabym jeszcze wspomnieć o kwestii, która interesuje wiele osób, a mianowicie: gdzie się kąpać, gdy śpi się w namiocie lub samochodzie. Przed wyruszeniem również miałam różne obawy z tym związane, jednak próbując znaleźć odpowiedź na to pytanie w internecie, nie uzyskałam satysfakcjonujących wyjaśnień. Postanowiłam więc dowiedzieć się wszystkiego już na miejscu i samej spróbować wybrać najbardziej komfortową opcję. Najprostszą z opcji jest: po prostu kąpiel w morzu/jeziorze. Dlatego też staraliśmy się trzymać wybrzeża i nie oddalać się zbyt daleko od naturalnych zbiorników wodnych. Latem temperatury w Chorwacji są bardzo wysokie, więc kąpiel na boskiej plaży jest jak wybawienie. Korzystając z naturalnych kosmetyków starałam się nie zostawić po sobie piany z mydła, zaś ewentualną sól spłukiwałam z siebie wodą butelkowaną (tak samo myłam włosy). Kolejną wygodną opcją jest korzystanie z pryszniców na plażach publicznych, które są darmowe i dostępne całą dobę. Dla turystów, którzy podróżują autostopem przydatne będą też prysznice oraz umywalki dostępne na stacjach benzynowych (często za drobną opłatą: warto mieć ze sobą lokalną walutę i monety). 
Nie należę do osób, które potrzebują mieć codzienny makijaż, a włosy w podróży często wiążę w kucyk, zatem brak dostępu do normalnej łazienki w niczym mi nie przeszkadzał - obydwoje byliśmy zawsze czyści i pachnący. :-) Jedyną rzeczą, która mnie martwiła była kwestia golenia nóg, z czym poradziłam sobie w pewnym stopniu przed wyjazdem i zakupiłam lampę laserową do użytku domowego. Dla tych, którzy urządzenia nie posiadają przydatne może być wosk, dzięki czemu nie będziecie musiały się martwić o golenie. 
Mam nadzieję, że podobała wam się seria wpisów o Chorwacji- a w razie pytań służę pomocą. Chętnie też usłyszę wasze opinie na temat tego kraju, czy też waszych sposobów na podróżowanie.  Wkrótce na blogu pojawią się nowe kraje, które zwiedziłam w czasie podróży.