Podróż do Macedonii

Gdy myślę o Macedonii, mam głównie w pamięci zapachy z tureckiej dzielnicy Skopje, smak bułek z przyprawami z knajpki Gostilnica Turist i ich zimnego piwa Скопско. Przypomina mi się też upał, którego wtedy doświadczyliśmy i prawie-powódź w kanionie. Ale dlaczego tylko prawie?
Wszystko zaczęło się od późnego wieczoru, gdy udało nam się bezproblemowo dojechać do Macedonii. Zbliżając się w kierunku Skopje widzieliśmy tylko wielki, podświetlany krzyż na wzgórzu i wiedzieliśmy już, że zmierzamy w odpowiednim kierunku do centrum miasta. Tym razem obyło się też bez zagubienia się w mieście i w miarę szybko dojechaliśmy na miejsce, do Hostelu Urban (22 Adolf Ciborovski Str., Skopje). Po przejściu kilku kroków w kierunku recepcji usłyszeliśmy tylko ,,No w końcu jesteście! Dłużej już się nie dało? Martwiłem się, czy żyjecie! Magda, wysłałem ci smsa!" - cóż, my też ucieszyliśmy się widząc naszego czeskiego kompana i dotarło do mnie, że raptem tydzień bez stałej łączności z internetem sprawił, że nawet nie myślałam o sprawdzaniu telefonu. Jednak wracając do rzeczywistości, po zameldowaniu i szybkim rozpakowaniu, ruszyliśmy razem do miasta w celu znalezienia odpowiedniej knajpki na kolację. 

Skopje miastem pomników 

Samo miasto okazało się być miastem kontrastów. Z jednej strony bogate, wręcz bardzo bogate centrum; a z drugiej biedne obrzeża i dzieci bez butów proszące o kilka denarów. Ogromne budowle, wiele pomników a nawet grający muzykę most - wszystko to stworzone było z ogromnym przepychem, do którego zdecydowanie nie byłam przyzwyczajona.
Na szczęście nasz hostel był tego kompletnym przeciwieństwem - wygodny, schludny z miejscem na śniadanie na tarasie. To lubię! Nie tylko nocleg kosztował nas raptem 6 euro/os za noc, ale także rano czekało na nas wspomniane śniadanie w formie bufetu, w którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Tak spodobał nam się ten hostel i to miasto, że postanowiliśmy zostać tam odrobinę dłużej, spędzając łącznie 2 cywilizowane noce w Urban Hostel i jedną pod namiotami w Kanionie Matka. 
Jednak wracając do tematów kulinarnych; Skopje, którego interesującym punktem był turecki bazar, oferowało dania z różnych stron świata, w których jednak zdecydowanie przeważało mięso z grilla przypominające chorwackie Ćevapčići. Ufając poleceniu Michala, udaliśmy się do wcześniej wspomnianego miejsca: Gostilnica Turist przy Kazandziska Br.1, Skopje. Było warto! A jedzenie i miła obsługa spodobały nam się na tyle, że wróciliśmy tam jeszcze przed wyjazdem z miasta.
 Bezpańskie psy nie były nowością także w Skopje, jednak tu zostały zaznaczone specjalnymi klipsami.
Ślady kolorowej farby na budynkach i pomnikach to efekt protestu, który miał tam miejsce niedługo wcześniej

Krzyż Milenium w Skopje 

Po zwiedzaniu miasta przyszedł czas na odkrywanie natury. Rozpoczęliśmy od wjazdu kolejką na górę Vodno (bilet to ok. 8zł), skąd rozpościerał się widok na całe miasto i słynny Krzyż Milenium. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Jest to także punkt dla rowerzystów, skąd ciągną się trasy w dół; oraz dla pieszych wędrówek. Wracając do samochodu z roztargnienia zostawiłam przypadkiem swoje okulary przeciwsłoneczne na dachu samochodu, które spadły gdy tylko samochód nabrał prędkości. Okazało się, że miałam szczęście w nieszczęściu, ponieważ jadący za nami samochód zatrzymał się po nie, wyprzedził nas i jechał z wyciągniętą ręką trzymającą okulary, dopóki nie dotarło do mnie, że: ,,Aha! To moje!". :-)

Kanion Matka w Skopje

A skoro już o naturze mowa, to nasza krótka podróż w trójkę także należała do dość... dzikich. :-) Przygotowani do dwuosobowej podróży, zapakowani niczym zaawansowany poziom Tetrisa ze sporym materacem na tylnym siedzeniu, zorganizowaliśmy wszystko tak, by nie zakłócać swojej widoczności, komfortu i możliwie szybko zapakować się i rozpakować. Plan spędzenia nocy w kanionie trochę to utrudnił, ale nie uniemożliwił. Na tamten moment nie wiedzieliśmy, czy następnego dnia wyruszymy dalej, czy zostaniemy, dlatego woleliśmy mieć ze sobą wszystkie rzeczy, wiedząc że rezerwacji w hostelu zawsze możemy dokonać później. 
Po wędrówce, podziwianiu widoków i zjedzeniu przepysznej grillowanej kukurydzy za 50MKD (3zł) szukaliśmy miejsca do rozbicia namiotów, które nie przeszkadzałoby ani turystom, ani strażnikom. Od wymarzonego miejsca dzieliła nas: rzeka, przegroda na rzece oraz znajdujące się na niej słupki. Nie zrażeni wyzwaniem, po zaparkowaniu samochodu postanowiliśmy przejść na drugą stronę, balansując gdzieś pomiędzy strefą bezpieczeństwa a wpadnięciem do rzeki z całym ekwipunkiem, udało nam się bezpiecznie dotrzeć i rozbić obóz. Wszystko odbywało się świetnie do momentu, w którym chłopaki zaczęli straszyć mnie opowieściami o leśnych niedźwiedziach, wędrowcach oraz do chwili, w której R. postanowił sprawdzić, dlaczego okolica zaczęła tak głośno szumieć. Przybiegając do nas szybko i rzucając magiczne słowa: ,,Podnieśli tamę!" raczej nie liczył na nasz entuzjazm. Okazało się bowiem, że nasza droga powrotna znajduje się całkowicie pod wodą, której strumień porwałby wszystko na swojej drodze. Na szczęście wybraliśmy miejsce na wzgórzu, dzięki czemu mieliśmy nadzieję (i tak też było!), że woda nas ominie, zaś nad ranem będziemy mogli wrócić do samochodu.
Za dnia, po odwiezieniu Michala na miejsce, z którego planował dalszą autostopową podróż, postanowiliśmy przedłużyć pobyt, lecz tym razem w lepszym standardzie i wybraliśmy mały apartament dostępny na górze Hostelu Urban. To był strzał w dziesiątkę z własną kuchnią połączoną z salonem oraz wygodną sypialnią. Macedonia, która niewątpliwie wskoczyła na listę moich ulubionych miejsc kojarzy mi się teraz także z filmem Suicide Squad obejrzanym w pobliskim kinie, zapachem ciepłego deszczu w centrum i świetną przygodą w doborowym towarzystwie.
Skopje to dla mnie także czerwone podwójne autobusy, które kursowały tam nie jako turystyczna ciekawostka, ale jako normalny transport publiczny.
Pozostaje tylko czekać na kolejną okazję, bo odkryć większą część tego niesamowitego kraju. A póki co zachęcam was wszystkich do podróży do Skopje!
Przygody naszego szalonego wędrowca możecie śledzić na instagramie pod nickiem @check_this_travelling_czech

Gdy oznajmiłam znajomym, że wybieram się wraz z R. do Albanii, większość z nich zareagowała podobnie. Wszyscy życzyli nam udanego wypoczynku w tym pięknym, bezpiecznym kraju i podzielili się wskazówkami dotyczącymi tego, co warto tam zobaczyć. Albo raczej tak zdarzyłoby się w pozytywnym scenariuszu. W rzeczywistości pojawiły się pytania: dlaczego tam jedziecie?! Oprócz nich były też życzenia, abyśmy na siebie uważali, zdziwienie i powszechne niezrozumienie. Mając na uwadze to, co myśli się o Albanii oraz to, że właściwie nic o niej nie wiemy, odpaliliśmy samochód i ruszyliśmy na południe Europy. 
Jaka była Albania naszymi oczami? I czy w Tiranie naprawdę jest tak strasznie?  
Cóż, Albania z pewnością nie należy do najbardziej popularnych kierunków wakacyjnych; sama też nigdy nie spotkałam się przedtem z nikim, kto by się tam wybrał lub też polecał. Jednak w tym samym czasie, gdy odbywaliśmy naszą bałkańską podróż, nasz znajomy Czech odwiedził albańskie wybrzeże i wypowiadał się o nim bardzo pozytywnie. My jednak tym razem postawiliśmy na miasto. 

Sama droga do Albanii była przygodą samą w sobie. Po raz kolejny zaufaliśmy nawigacji Google, która określiła naszą trasę jako dość krótką. Nie ważne, że drogi w Chorwacji już pokazały nam, że najlepiej doliczyć do tego objazdy, postoje oraz drogi, które po prostu nie pozwalały na normalną, bądź szybką jazdę. Albo i nawet podwoić czas przewidziany na podróż. Dalej ślepo wierząc, że będziemy na miejscu późnym popołudniem planowaliśmy nawet wieczorne zwiedzanie, może i nawet restaurację. I owszem, dotarliśmy późnym popołudniem ale do Albanii samej w sobie, zaś stolica - Tirana przywitała nas prawie w nocy. Dlaczego?
Konstrukcje na drogach, znikający momentami asfalt (na autostradzie!), ograniczenia prędkości do 20km/h ciągnące się kilometrami. W taki sposób obserwowaliśmy zachodzące słońce cały czas będąc w samochodzie i marząc o dobrej kolacji. 
Same albańskie krajobrazy były piękne! Natura, którą mijaliśmy zdecydowanie nadrabiała miejskie widoki, opuszczone budynki i pojedyncze, blaszane budki z mięsem, które wieczorem wyglądały dość upiornie. Już od samego wjazdu do stolicy wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Wbiegające na drogę psy lub ludzie wchodzący nagle przed pojazdy - witamy w Tiranie!
Z początku, zaraz po przyjeździe, mieliśmy w głowie kompletnie negatywną opinię na temat Albanii. Dojazd był koszmarem, a w samym centrum jazda przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Samochody wymijały się bez żadnego sygnału, zajeżdżając drogę na innym pasie, trąbiąc przy tym i mając w głębokim poważaniu jakiekolwiek zasady ruchu drogowego, czy ograniczenia prędkości. Mieliśmy też kłopot w odnalezieniu naszego hotelu, przy czym doceniłam pomoc miejscowego kelnera, którego zapytałam po drogę i nie tylko udzielił szczegółowych wskazówek po angielsku, udostępnił hasło do wifi, ale także zaprowadził nas na miejsce (okazało się, że była to właściwa okolica). 
Następnego dnia, przywitani albańskim śniadaniem, zaczynaliśmy powoli zmieniać zdanie. Właścicielami Guest House Mary (znajdującym się przy Hygeia Hospital Albania, Rruga Gjergj Kkastrioti, 1000 Tirana, Albania) okazali się bardzo sympatyczni ludzie, dzięki którym pobyt okazał się nie tylko tani, ale też bardzo wygodny.
Nie mając niestety zbyt wiele czasu, ponieważ próbowaliśmy dostać się do Macedonii w miarę szybko, by spotkać się z wcześniej wspomnianym Czechem, postanowiliśmy pospacerować po centrum, zjeść coś i udać się w trasę. 
Centrum Tirany było według mnie miksem kulturowym. Z jednej strony widoczny był meczet, nowoczesne budynki, a z drugiej obrazy przypominające rosyjskie plakaty jeszcze z poprzedniego wieku. Wszystko to okraszone bliskością gór, opuszczonymi budynkami i jedną z najlepszych i najtańszych mrożonych kaw, które przyszło mi spróbować. I skoro mowa o cenach, Albania była zdecydowanie przyjazna polskiemu portfelowi. I choć nie jest to aż tak duża odległość od Polski, by przeżyć rzeczywisty szok kulturowy, to widząc w pewnych miejscach krowy w mieście, czy też dzieci prowadzące je na sznurku... zaczęłam zdecydowanie bardziej doceniać rzeczywistość, którą znam, a na którą często narzekałam. 
W gruncie rzeczy rzadko zdarza się, by podróżując w bardziej popularne rejony odczuwać, że rzeczywiście tam można pozwolić sobie na więcej. Zazwyczaj ceny szybko nas rozczarowują, a wyjazd okazuje się kosztowny. W przypadku Bałkan po raz pierwszy było odwrotnie. Zwłaszcza w Albanii i w Sarajewie (Bośnia i Hercegowina). 
I choć Tirana nie należała do moich ulubionych miejsc w czasie podróży, z pewnością chciałabym wrócić do Albanii jeszcze raz, by odkryć inne miejsca, przekonać się jak wygląda wybrzeże i wyrobić nowe wrażenie. A przede wszystkim, tym razem nie spieszyć się i rozplanować wszystko z większym luzem. :-)

 
Lubię podsumowania. Roczne, miesięczne, tygodniowe. Lubię czasem rzucić okiem na blogi osób, które podczytuję i oprócz normalnych wpisów, przepisów i wystylizowanych sesji, zobaczyć także urywki normalnego dnia. Nie jest to dla nikogo nowością, że na portalach społecznościowych w większości przypadków zobaczyć możemy lepszą wersję ich autorów. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą, ani nie motywują smutki i problemy dnia codziennego. Spóźnienie do pracy, na uczelnię, śniadanie w biegu (lub wcale), czy ogólne zmęczenie - jak to by się prezentowało na Instagramie? Dlatego też w ciągu zabieganego dnia ludzie z przyjemnością oglądają zdjęcia gwiazd i konta tych, którzy mają czas na wypicie popołudniowej kawy, czy też na leniwe poniedziałki w domu.
Jednak uważam, że to właśnie pewna doza tej ,,prawdziwości" zbliża do siebie autorów i czytelników. Pokazuje, że przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i nie każdy dzień jest idealnie wyjątkowy.
Jednak jak to jest ze mną? 


 Ostatnie miesiące były dla mnie przełomowe. Prawdziwy rollercoaster: nowy kraj, nowy język, nowe odczucia, nowe wyzwania, nowi znajomi, nowe mieszkanie, nawet nowe zwierzę. Wszystko nowe! Łatwo się w tym wszystkim pogubić. I choć nie należę do osób, które boją się zmian, tym razem wszystko było trochę inne. Zmieniając mieszkania, czy nawet kraj, gdy wyprowadziłam się do Szwecji, miałam w głowie pewien plan - wiedziałam jaki jest mój cel i miałam zarys tego, jak będzie wyglądał kolejny rok. Skończenie wszystkich studiów i szkoleń było wtedy moim priorytetem. Później przyszedł czas na zaplanowanie przeprowadzki do kolejnego kraju - Austrii. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę stoję przed morzem możliwości. Że nie ogranicza mnie nic, oprócz mnie samej. Ale to właśnie jest najtrudniejsze. Wiele osób gubi się przy nieograniczonych możliwościach, nie potrafiąc wybrać tego, co tak naprawdę jest dla nich ważne. Mogąc robić wszystko, wyjechać wszędzie, nie korzystają z tego ze strachu, ale też z wygody, pozostając w tzw. strefie komfortu. 
Ja na szczęście, pozostawiłam swoją dwa kraje w tyle. :-)
 Nie wiem, jak to jest, ale często przytrafiają mi się dobre rzeczy. Mówi się, że to dobra karma. Ale nie oznacza to, że każdy dzień usłany jest różami. Po wspaniałej, trzy tygodniowej podróży po Bałkanach przyszedł czas na zmierzenie się z tym, co tak naprawdę chcę robić w Austrii. Przyzwyczajona do szwedzkiej otwartości na język angielski (zwłaszcza na uczelni), mocno zdziwiłam się, gdy okazało się, że pomimo możliwości porozumiewania się w mieście właśnie w tym języku, możliwości związane z uniwersytetem, czy pracą są ściśle ukierunkowane na język niemiecki. Nie była to najwspanialsza wiadomość, biorąc pod uwagę, że oprócz płynnego angielskiego i podstawowego francuskiego, niemiecki był mi kompletnie obcy. Ba, austriacki również!
Planując doktorat na tutejszej uczelni spotkałam się także z niemiłą niespodzianką. Mój wymarzony kierunek został zamknięty, a jedyna angielska opcja dotyczyła działu, z którym owszem, miałam do czynienia, jednak nie byłby to mój pierwszy wybór. Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kropce. Przeszukiwałam angielskojęzyczne oferty pracy, oferty dla asystentów i wykładowców na uczelni, stresując się i nie słuchając kompletnie R., który powtarzał, że:
a) wszystko się ułoży 
b) nie ma sensu stresować się na zapas 
c) na pewno znajdę dla siebie coś odpowiedniego, ponieważ mam świetne wykształcenie 
I nie zgadniecie, co się później okazało?
No jasne! Że wszystko się ułożyło, nie było sensu się stresować i znalazłam dla siebie coś odpowiedniego, dzięki dobremu CV i... zbiegowi okoliczności. :-) 
Bowiem znalazłam pracę marzeń przypadkiem. W lesie!
 Dwa powyższe zdjęcia związane są właśnie z moją pracą. Słoneczne zdjęcia są z biura, zaś miasto to widok z restauracji Schlossberg w Graz, gdzie wzięłam udział w spotkaniu z delegatami. Jednak odnosząc się do samej sytuacji powyżej. Ten stresujący czas nie trwał długo, choć dla mnie to była prawdziwa wieczność. Nie mogłam skupić się na niczym innym. I dlatego uważam, że warto o tym wspomnieć. Żeby pokazać, że trudne chwile też się zdarzają. I że trzeba korzystać z okazji, nie bać się ryzykować. A stresujące momenty będą tylko fragmentem naszych opowieści.
Moja rozpoczęła się dość zabawnie. Na początku października odwiedził nas nasz polski znajomy, który postanowił przedostać się autostopem z Polski do Hong-Kongu (nie żartuję!), przy okazji przywożąc mi parę rzeczy z Polski i świetną ramkę-pamiątkę. Żeby pokazać mu Austrię i Graz od najlepszej strony, zorganizowałam małe zwiedzanie i spacery po górach. Podczas jednego z takich spacerów po okolicznym wzgórzu, szybko zrobiło się ciemno, jednak nie zraziło nas to. Podobnie jak innego wędrowcę, który schodząc z kijkami nordic-walking zagadał do nas po angielsku, słysząc fragment naszej rozmowy. Zainteresowany tym, co tu robimy i skąd pochodzimy, przedstawił się (i swoją profesję), porozmawiał z nami krótko, a na koniec... wręczył nam swoją wizytówkę.
Raczej nie codziennie spotyka się w lesie takie tajemnicze osobistości, a już w szczególności nie dostaje się tam wizytówek. I oprócz tego, że była to dość zabawna, choć miła sytuacja, nikt raczej nie zrobiłby z tym nic więcej.
Po wyszukaniu imienia właściciela firmy w internecie pojawiło się w mojej głowie tylko jedno zdanie: ,,Kurcze, gdybym wiedziała, czym się zajmuje to bym zapytała o pracę". Wiedząc, że byłoby to świetne połączenie z moimi studiami, pół-żartem, pół-serio po namowie R. postanowiłam napisać maila.
Po najbardziej pozytywnej rozmowie kwalifikacyjnej, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić (z ogromnym bufetem i szampanami Moët), stałam się jedynym angielsko-języcznym członkiem ekipy wśród samych Austriaków. Brzmi jak wyzwanie? :-) Od teraz może być już tylko lepiej!
 A teraz wracając do bardziej przyziemnych rzeczy, zaczynając pierwszą poważną pracę zrozumiałam, że zarządzanie swoim czasem to jedna z tych rzeczy, których koniecznie muszę się nauczyć. I choć atmosfera w pracy jest świetna, a w większości przypadków sama jestem sobie szefem w organizowaniu zadań, to zaczęłam tęsknić za możliwością spędzenia popołudnia w domu. :-) Na szczęście z wieczorami nie ma problemu i takim sposobem drugi rok z rzędu zawitałam na E.O.F.T (European Outdoor Film Tour), który jest pokazem filmów sportowych.
 Motywacja do nauki niemieckiego (bądź austriackiego :-)) jest tu niezbędna. Choć książki i płyty są tu przydatne, rozpoczęcie podstawowego kursu w szkole językowej było zdecydowanie dobrym krokiem. Oprócz tego staram się osłuchać z językiem w pracy i podłapywać jak najwięcej słów. Nie boję się mówić i to jest zdecydowany plus. A na zdjęciu obok październikowe świętowanie moich urodzin przy wieży zegarowej w Graz (Uhrturm).
 Miłym prezentem od mamy było podesłanie mi Gazety Lubuskiej, w której pojawiłam się wraz z R. w artykule poświęconym podróżom. A po prawej stronie mój urodzinowy upominek od Lisy! :)
 Jesień w Graz i ogólnie w Austrii była piękna, słoneczna i kolorowa. Było to zdecydowane przeciwieństwo Falun w Szwecji, gdzie niemalże każdy dzień był... czarny. :-)
 Potreningowe przekąski to coś, co lubię najbardziej. Choć aktualnie w czasie adwentowym bardziej kusi wszystkich grzane piwo, wino lub poncz. Moim ulubionym jest ten o smaku pierniczkowym z bitą śmietaną. Mniam! W mieście pojawiły się też słynne odwrócone choinki.
 I fragmenty z bałkańskich podróży. Jeszcze przez pewien czas będę tu publikowała relacje z wakacji dla ocieplenia aktualnych temperatur, które mamy za oknem.
 Moje nowe mieszkanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Przestronne, jasne, z balkonem i widokiem na pobliskie góry - to lubię! Zaczęłam też powoli dekorować ściany swojego pokoju. A po prawej stronie prawdziwa austriacka zima, która zaczęła się już na początku listopada. Choć w miastach raczej tego nie doświadczymy zbyt prędko, to w Alpach śniegu jest już pod dostatkiem!
 Tablica-naklejka to świetny sposób na urozmaicenie. Jedna z nich pojawiła się na drzwiach pokoju i służy za planner dla R. oraz za miejsce dla moich bazgrołów.
 Kot w domu to zdecydowany plus. Minusem jest to, że miauczy z samego rana w wolne dni. :-)
 Bliskość gór i natury to coś, co kocham w Austrii. I te widoki! A po górskich wycieczkach najlepiej skusić się na ciasto. Na przykład o smaku awokado z kakao. Przepis w zakładkach.
 Wakacyjne wspomnienia to coś, do czego lubię wracać i wkrótce też postaram się przyozdobić nimi moje ściany. Chciałabym też poświęcić więcej uwagi dekoracjom. Do tej pory nie był to mój priorytet. Oprócz lampek (fairy lights) i świeczek, czy paru zdjęć, nie skupiałam się na tym zbytnio, ponieważ wiedziałam, że wkrótce zmienię mieszkanie i przeprowadzka z dużą ilością rzeczy nie jest zbyt wygodna. Teraz trochę zmieniłam zdanie. :-) Dobrze mieć coś, co ociepli wnętrze i sprawi, że będzie bardziej domowo.
A co u was słychać? :-) Jakie są wasze plany na przyszłość?

 Moje wyobrażenia o Sarajewie były dość powszechne. Szczerze mówiąc spodziewałam się po prostu bardzo biednego kraju z poprzedniej epoki. Oprócz oczywistych historycznych faktów i położenia geograficznego, nie wiedziałam więc zbyt wiele o tym miejscu. Z otwartymi umysłami wyruszyliśmy więc w podróż, aby przekonać się na własnej skórze, jak tam jest. Nasza trasa uwzględniała przejazd z Chorwacji do Bośni i Hercegowiny, której Sarajewo jest stolicą, a później ponowny powrót do Chorwacji, którą przemierzaliśmy wzdłuż wybrzeża.
Na początku łapałam się na tym, że za każdym rogiem starałam się wyłapać jakiś znak potwierdzający moją tezę. Samochody starszej daty, małe wioski mijane po drodze, ludzie pracujący na polach uprawnych, aż w końcu naprawdę stare tramwaje. Szybko jednak zrozumiałam, że i owszem, Bośnia i Hercegowina jest biedniejszym krajem niż Polska, czy Chorwacja, jednak nie odbiera to jej żadnego uroku. Podobnie też było z samym Sarajewem. 


 Po przyjeździe do miasta byłam zaskoczona tym, jak... normalnie wyglądało. Źle to brzmi, prawda? Ale tak właśnie było. Przemierzając główne ulice, starając się dojechać do centrum przy podążaniu za znakami, zauważałam wiele podobieństw i różnic między Bośnią a Polską. Ciekawostką był też dla mnie fakt, że język chorwacki oraz bośniacki były dla mnie zrozumiałe w znacznym stopniu. Słuchając chorwackich wiadomości w samochodowym radio nie miałam problemu z ich komunikatami, zaś bośniacki w większości przypadków był dla mnie zrozumiały przy próbie odczytania czegoś. Wszystko to z pewnością dzięki podobieństwom języków słowackich, do których zaliczany jest także język Polski.
Jeśli zaś chodzi o nasz dzień w Sarajewie, staraliśmy się odkrywać miasto po prostu podczas spaceru. Nie skupialiśmy się na żadnym planie zwiedzania, nie mieliśmy też na niego zbyt wiele czasu, ani wiele nie oczekiwaliśmy - tu na szczęście zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni. Zwłaszcza jeśli chodzi o stare miasto, przypominające turecki bazar. Ten klimat był po prostu niesamowity!
 W mieście można było odnaleźć wiele międzykulturowych powiązań. Kolorowe dywany, meczety, ale także różnorodne restauracje, dania z całego świata i słynna, słodka Baklava. Sarajewo wbrew moim oczekiwaniom okazało się przepiękną stolicą, która zachęciła nas do odkrywania innych zakątków.
Spacerując ulicami miasta zobaczyliśmy też słynną bibliotekę i mieliśmy okazję podziwiać widoki, które do tej pory widywałam tylko na zdjęciach w podręczniku do historii. Nie mogłam także odmówić sobie zakupienia magnesu, który później dołączył do kolekcji na lodówce u mojej mamy.
Teraz wiem już też, że jeden dzień poświęcony na zwiedzanie to zdecydowanie za mało, choć wyjeżdżaliśmy z uśmiechami na twarzy, pomimo deszczu.
A jakie są wasze odczucia co do Sarajewa?