Przybić piątkę z makakiem - podróż na Gibraltar

9/07/2017

Przybić piątkę z makakiem - taki był główny cel wyprawy na Gibraltar. Już sam kierunek podróży brzmiał ekscytująco i oczami wyobraźni widziałam siebie jako szaloną podróżniczkę, otoczoną przez małpy: ,,Polka na Gibraltarze!" rodem z reportaży Martyny Wojciechowskiej. Gdy byłam dzieckiem i śpiewałam mamie piosenkę "kochana mamo, gdy będę duży, przywiozę ci małpkę z podróży" - na jej nieszczęście traktowałam to bardziej jako obietnicę, niż puste słowa. Niestety sama realizacja planu zajęła odrobinę dłużej, niż początkowo zakładałam. Moje podróżnicze dziecięce zapędy w postaci ciągłego pakowania się do małego plecaczka i mówienie, że oto ja ''idę w świat" doszły jednak do skutku i stojąc na najbardziej wysuniętym na południe punkcie Gibraltaru, widząc Afrykę na przeciwko siebie, czułam że jestem dokładnie tam, gdzie chciałam zobaczyć się jako dziecko.

Pomysł wybrania się na Gibraltar rzeczywiście nie był taki nowy. Na wieść, że na tej jednej, wyjątkowej górze w Europie można spotkać małpy, skutecznie rozbudził moją podróżniczą ciekawość. Rok temu wygrały jednak Bałkany, które zdecydowanie zaliczają się do moich ulubionych wypraw. Jednak pomimo, że odmienne kultury regionu Bałkan zaskoczyły mnie nie raz - nie było tam małp. Zastanawiając się nad tegorocznym kierunkiem, podrzucałam po cichu: ,,Gibraltar, Gibraltar...", jednak nie liczyłam na wyjątkowe pokłady entuzjazmu. Po pierwsze ze względu na dość wysokie koszta takiej wyprawy, a po drugie ze względu na odległość do pokonania. Oczywiście nie brałam pod uwagę tego, że podobny poziom ekscytacji na wieść o małpach jest raczej wyłącznie moją domeną. Usłyszałam jednak od chłopaka: ,,zróbmy to!" i klamka zapadła.
Gibraltar widoczny z Hiszpanii
Widząc Skałę Gibraltarską nie mogłam uwierzyć własnym oczom, że naprawdę tu jesteśmy! Jednak wbrew pozorom cała wyprawa wymagała odrobinę bardziej skomplikowanego planowania, niż może się to wydawać. Gibraltar nie był bowiem ani pierwszym, ani ostatnim przystankiem podróży. W końcu nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy zatrzymali się w jednym miejscu na całe wakacje. Dwa tygodnie, które przeznaczyliśmy na odkrywanie nowego kawałka Europy pomieściły w sobie łącznie trzy kraje: Portugalię, Hiszpanię i Gibraltar, który jest brytyjskim terytorium zamorskim. Posiada on nie tylko angielski jako język urzędowy, ale również własną granice, herb, hymn, walutę (funt gibraltarski) i wszystko co związane z niepodległym terytorium, np. szkoły z edukacją w systemie brytyjskim. Oraz małpy, oczywiście.
Nasza podróż zakładała lot z Wiednia (Austria) do Faro (Portugalia), wypożyczenie samochodu na miejscu, zwiedzenie hiszpańskiej Sewilli i brytyjskiego Gibraltaru, kolejno powrót do Portugalii i zatrzymywanie się w różnych miejscowościach wzdłuż całego wybrzeża od góry do dołu (aż do Porto). Na szczęście portugalskie wybrzeże nie było zbyt duże, dzięki czemu podróż powrotna zajęła nam nie więcej niż 5 godzin jazdy z Porto do Faro, a następnie kolejne dwie godziny lotu następnego dnia z powrotem do Wiednia.
Brytyjskie czerwone budki telefoniczne to typowy krajobraz Gibraltaru

Budżet podróży

Nasz budżet zakładał około 1300€ na osobę (około 5600zł), w czego skład wchodziły takie koszta jak:
- lot w dwie strony (Wiedeń - Faro)
- wypożyczenie samochodu wraz z ubezpieczeniem (Fiat 500, łącznie 577€ czyli około 2500zł)
- koszt parkingu w Wiedniu (2 tygodnie)
- opłaty za przejazdy autostradami oraz za lokalne parkingi (staraliśmy się parkować na darmowych), benzyna.
- zakwaterowanie (hotele i hostele)
- wyżywienie (jedzenie w lokalnych restauracjach oraz gotowanie samemu)
- drobne pamiątki (magnesy, pocztówki, czy też hiszpańska sukienka - idealna pamiątka!)
- bilety wstępu (zdarzało się to bardzo rzadko, raczej korzystaliśmy z darmowych atrakcji)

Koszt całościowy: dla dwóch osób to około 2600€ (około 11000zł).
Tegoroczna podróż różniła się więc formą od zeszłorocznej, jednak w obu przypadkach zarządzaliśmy budżetem bardzo racjonalnie, nie zatrzymywaliśmy się w hotelach typu all inclusive, czy pięciogwiazdkowych resortach. Jak co roku największymi wydatkami okazały się być koszty związane z samochodem, jedzeniem i tym razem również zakwaterowaniem. Jednak mając przed sobą wyśmienitą lokalną kuchnię Hiszpanii czy Portugalii, próbując wyjątkowych tapas, świeżych ryb czy sangrii - nie sposób jest traktować tego jako zbędny wydatek. Lokalne kuchnie zawsze stanowią bardzo ważny element naszych podróży i formę poznawania nowych krajów - tym razem także się nie zawiedliśmy!
Niestety Portugalia sama w sobie wcale nie jest tanim kierunkiem podróży, o czym zdążyliśmy się już przekonać. Ceny często przypominały te Austriackie, jednak zależały oczywiście od miejsc. Unikaliśmy wyjątkowo niekorzystnych cenowo hoteli i restauracji - zawsze jednak stawialiśmy na dobrą zabawę w czasie podróży. O to w tym wszystkim chodzi, by odkrywać z uśmiechem na ustach!
W przypadku samej jazdy, staraliśmy się nie przemieszczać się codziennie, dając sobie czas na zwiedzanie i odpoczynek. A jeśli już tak się zdarzyło, dbaliśmy o przerwy i w miarę krótkie dystanse.

Gibraltar - brytyjski sąsiad Hiszpanii


Gibraltar sąsiaduje z Hiszpanią, w której zostaliśmy na noc w bardzo skromnym hostelu La Esteponera (25€). Dystans stamtąd był możliwy do pokonania pieszo, dzięki czemu nie musieliśmy martwić się o parking na Gibraltarze. Przejściem granicznym jest jednocześnie lotnisko, po którego płycie spacerowaliśmy w drodze do centrum miasta. Obserwowanie startujących samolotów było zdecydowanie miłym dodatkiem. Po przekroczeniu granicy nie sposób nie zauważyć charakterystycznych, czerwonych budek telefonicznych i znaków drogowych wyłącznie w języku angielskim. Później zaczęło robić się jeszcze ciekawiej. Cały czas spodziewałam się, że to miejsce będzie stricte hiszpańskie - nic bardziej mylnego! Brytyjski akcent jest słyszalny wszędzie od kierowcy autobusu po strażników na Gibraltarskiej Skale. Restauracje oferują typowe brytyjskie śniadania (bekon, fasolka, jajko), a lokalni mieszkańcy porozumiewają się często interesującą mieszanką hiszpańskiego i angielskiego jednocześnie. Wyobraźcie sobie spokojny brytyjski akcent wymieszany z szalonymi i szybkimi wstawkami hiszpańskiego - niezłe połączenie!

Skąd dostrzec Afrykę na Gibraltarze?


Europa Point to najbardziej wysunięty na południe fragment Gibraltaru i to właśnie tam na horyzoncie zobaczycie Afrykę. Zaraz po Skale Gibraltarskiej jest to najważniejsza część Gibraltaru i co ciekawe, po komentarzu czytelnika dowiedziałam się, że osoby mieszkające w Afryce ekscytują się widokiem Gibraltaru na horyzoncie w ten sam sposób.
Na części Gibraltaru znajdziecie meczet, latarnię morską, punkt widokowy i wyjątkowy pomnik poświęcony Władysławowi Sikorskiemu oraz ofiarom katastrofy lotniczej w 1943 roku.
W okolocy znajduje się również przystanek autobusowy - dotrzecie stamtąd z powrotem do miasta.
Jednak warto zatrzymać się tu na chwilę i zachwycić się widokiem - w końcu nie co dzień ma się okazję widzieć inny kontynent z takiej perspektywy! Stojąc tam poczułam się naprawdę szczęśliwa - mogę podróżować, zwiedzać nowe kraje i odkrywać piękno miejsc takich jak to.

Silny wiatr ciągle zrywal mi czapkę ;)
Afryka!

Skała Gibraltarska - wejście pieszo

Przyznaję, że wejście na Skałę Gibraltarską okazało się trudniejsze, niż zakładałam i odrobinę przeceniłam swoje możliwości wejścia tam w ponad czterdziesto stopniowym upale. Dla tych, którzy wolą tego uniknąć, dostępna jest górska kolejka w kwocie około 15€ (63zł), która wwiezie was idealnie na sam szczyt góry. Minusem takiego rozwiązania jest nie tylko kwota, ale również to, że tak naprawdę nie zobaczy się innych, pięknych punktów Skały Gibraltarskiej. Choć wejście w gorący dzień nie należy do najłatwiejszych to rozpościerające się stamtąd widoki zdecydowanie wynagradzają cały trud. Decydując się na wejście pieszo pamiętajcie jednak o zabraniu ze sobą wody, ponieważ wejście i zejście może zająć nawet kilka godzin - łatwo tu o udar słoneczny i zasłabnięcie (w ciągu całej trasy dostępna jest jedna toaleta - ale zależy to którędy idziecie).
Cały czas mając za plecami Afrykę, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, napotykając co chwilę śmieszne znaki, jak np. ''uwaga na modliszki", ,,zwolnij, uwaga motyle".
Przed wejściem na skałę można zauważyć również różne plakaty informujące o zakazie karmienia mąłp pod karą grzywny.

Zdobyliśmy Gibraltar!

Zmęczeni, spoceni, ale też zadowoleni w końcu weszliśmy na szczyt skały Gibraltarskiej. Od samego początku dołączyły do nas też makaki, których obecności nie dało się nie zauważyć. Wskakiwały na bramy wjazdowe i samochody, a wyganiane głośno protestowały. Później zrobiło się jeszcze ciekawiej w miarę, gdy zaczęło ich przybywać. Mogliśmy zobaczyć je z bardzo bliska, śpiące w okolicy, wspinające się na wszystko, co się dało - małe, duże, leniwe i rozbrykane.
Po wejściu na górę udaliśmy się również do sklepiku zlokalizowanego przy wejściu do kolejki linowej i uzupełniliśmy zapasy wody - przydało się!

Widoki ze skały na Gibraltarze

Widoki ze szczytu skały naprawdę należały do niezapomnianych. Fantastyczna skała i rozpościerający się błękit wody. Plus dodatkowo małpy podziwiające to wszystko z góry. Pomimo ogromnego upału i zmęczenia, warto było się tam udać. Należy jednak uważać na małpy, które lubią zaczepiać ludzi, wyrywać im z rąk przedmioty, a nawet wskakiwać na plecaki i ostentacyjnie wyciągać z nich różne elementy.

Czy przybiłam piątkę z makakiem na Gibraltarze?


Tak! Choć plan nie powiódł się tak, jak zakładany. Przeglądając zdjęcia uśmiechniętych turystów wyobrażałam sobie, że te makaki są trochę jak osiedlowe koty - trochę dzikie, ale jednak dają się głaskać. Nie mogłabym mylić się bardziej. Wspomniane wcześniej małe, małpie kradzieże to tylko część nieswornego małpiego biznesu. Przewodnicy, którzy przekupują małpy smakołykami sprawiają, że stają się one nieznośne dla niektórych odwiedzających, nawet pomimo nie karmienia ich. Inne małpy zaś często obserwują przechodniów odrobinę spod byka, przy okazji chwaląc się rzędem całkiem pokaźnych zębów. Gdy jedna z małp zatarasowała raz przejście turystom, nie każdy odważył się obok niej przejść, pomimo braku śladów agresji.
Ja podeszłam do małej małpki ze zdjęcia poniżej, która siedziała sama, trochę jak człowiek i gryzła plastikowy kubek, który trzymała w ręce. Podeszłam do niej i podałam jej rękę, a ona odwdzięczyła się tym samym. Pierwsze powitanie za mną! Szybko wskoczyła mi na ramiona i rozsiadła się. Niestety, wstałam i straciła dystans, przez co ugryzła mnie w ramię, próbując się czegoś złapać. Do końca podróży chodziłam zatem z pokaźnym siniakiem... :-)
Byliście kiedyś na Gibraltarze? Jakie są wasze opinie dotyczące tego miejsca?

Przeczytaj również

0 komentarze