Albańskim szlakiem, czyli podróż do Tirany

1/07/2017

Gdy oznajmiłam znajomym, że wybieram się wraz z R. do Albanii, większość z nich zareagowała podobnie. Wszyscy życzyli nam udanego wypoczynku w tym pięknym, bezpiecznym kraju i podzielili się wskazówkami dotyczącymi tego, co warto tam zobaczyć. Albo raczej tak zdarzyłoby się w pozytywnym scenariuszu. W rzeczywistości pojawiły się pytania: dlaczego tam jedziecie?! Oprócz nich były też życzenia, abyśmy na siebie uważali, zdziwienie i powszechne niezrozumienie. Mając na uwadze to, co myśli się o Albanii oraz to, że właściwie nic o niej nie wiemy, odpaliliśmy samochód i ruszyliśmy na południe Europy. 
Jaka była Albania naszymi oczami? I czy w Tiranie naprawdę jest tak strasznie?  
Cóż, Albania z pewnością nie należy do najbardziej popularnych kierunków wakacyjnych; sama też nigdy nie spotkałam się przedtem z nikim, kto by się tam wybrał lub też polecał. Jednak w tym samym czasie, gdy odbywaliśmy naszą bałkańską podróż, nasz znajomy Czech odwiedził albańskie wybrzeże i wypowiadał się o nim bardzo pozytywnie. My jednak tym razem postawiliśmy na miasto. 

Sama droga do Albanii była przygodą samą w sobie. Po raz kolejny zaufaliśmy nawigacji Google, która określiła naszą trasę jako dość krótką. Nie ważne, że drogi w Chorwacji już pokazały nam, że najlepiej doliczyć do tego objazdy, postoje oraz drogi, które po prostu nie pozwalały na normalną, bądź szybką jazdę. Albo i nawet podwoić czas przewidziany na podróż. Dalej ślepo wierząc, że będziemy na miejscu późnym popołudniem planowaliśmy nawet wieczorne zwiedzanie, może i nawet restaurację. I owszem, dotarliśmy późnym popołudniem ale do Albanii samej w sobie, zaś stolica - Tirana przywitała nas prawie w nocy. Dlaczego?
Konstrukcje na drogach, znikający momentami asfalt (na autostradzie!), ograniczenia prędkości do 20km/h ciągnące się kilometrami. W taki sposób obserwowaliśmy zachodzące słońce cały czas będąc w samochodzie i marząc o dobrej kolacji. 
Same albańskie krajobrazy były piękne! Natura, którą mijaliśmy zdecydowanie nadrabiała miejskie widoki, opuszczone budynki i pojedyncze, blaszane budki z mięsem, które wieczorem wyglądały dość upiornie. Już od samego wjazdu do stolicy wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Wbiegające na drogę psy lub ludzie wchodzący nagle przed pojazdy - witamy w Tiranie!
Z początku, zaraz po przyjeździe, mieliśmy w głowie kompletnie negatywną opinię na temat Albanii. Dojazd był koszmarem, a w samym centrum jazda przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Samochody wymijały się bez żadnego sygnału, zajeżdżając drogę na innym pasie, trąbiąc przy tym i mając w głębokim poważaniu jakiekolwiek zasady ruchu drogowego, czy ograniczenia prędkości. Mieliśmy też kłopot w odnalezieniu naszego hotelu, przy czym doceniłam pomoc miejscowego kelnera, którego zapytałam po drogę i nie tylko udzielił szczegółowych wskazówek po angielsku, udostępnił hasło do wifi, ale także zaprowadził nas na miejsce (okazało się, że była to właściwa okolica). 
Następnego dnia, przywitani albańskim śniadaniem, zaczynaliśmy powoli zmieniać zdanie. Właścicielami Guest House Mary (znajdującym się przy Hygeia Hospital Albania, Rruga Gjergj Kkastrioti, 1000 Tirana, Albania) okazali się bardzo sympatyczni ludzie, dzięki którym pobyt okazał się nie tylko tani, ale też bardzo wygodny.
Nie mając niestety zbyt wiele czasu, ponieważ próbowaliśmy dostać się do Macedonii w miarę szybko, by spotkać się z wcześniej wspomnianym Czechem, postanowiliśmy pospacerować po centrum, zjeść coś i udać się w trasę. 
Centrum Tirany było według mnie miksem kulturowym. Z jednej strony widoczny był meczet, nowoczesne budynki, a z drugiej obrazy przypominające rosyjskie plakaty jeszcze z poprzedniego wieku. Wszystko to okraszone bliskością gór, opuszczonymi budynkami i jedną z najlepszych i najtańszych mrożonych kaw, które przyszło mi spróbować. I skoro mowa o cenach, Albania była zdecydowanie przyjazna polskiemu portfelowi. I choć nie jest to aż tak duża odległość od Polski, by przeżyć rzeczywisty szok kulturowy, to widząc w pewnych miejscach krowy w mieście, czy też dzieci prowadzące je na sznurku... zaczęłam zdecydowanie bardziej doceniać rzeczywistość, którą znam, a na którą często narzekałam. 
W gruncie rzeczy rzadko zdarza się, by podróżując w bardziej popularne rejony odczuwać, że rzeczywiście tam można pozwolić sobie na więcej. Zazwyczaj ceny szybko nas rozczarowują, a wyjazd okazuje się kosztowny. W przypadku Bałkan po raz pierwszy było odwrotnie. Zwłaszcza w Albanii i w Sarajewie (Bośnia i Hercegowina). 
I choć Tirana nie należała do moich ulubionych miejsc w czasie podróży, z pewnością chciałabym wrócić do Albanii jeszcze raz, by odkryć inne miejsca, przekonać się jak wygląda wybrzeże i wyrobić nowe wrażenie. A przede wszystkim, tym razem nie spieszyć się i rozplanować wszystko z większym luzem. :-)

Przeczytaj również

0 komentarze