Listopadowe podsumowanie @TheDailyWonders Instagram

11/27/2016

 
Lubię podsumowania. Roczne, miesięczne, tygodniowe. Lubię czasem rzucić okiem na blogi osób, które podczytuję i oprócz normalnych wpisów, przepisów i wystylizowanych sesji, zobaczyć także urywki normalnego dnia. Nie jest to dla nikogo nowością, że na portalach społecznościowych w większości przypadków zobaczyć możemy lepszą wersję ich autorów. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą, ani nie motywują smutki i problemy dnia codziennego. Spóźnienie do pracy, na uczelnię, śniadanie w biegu (lub wcale), czy ogólne zmęczenie - jak to by się prezentowało na Instagramie? Dlatego też w ciągu zabieganego dnia ludzie z przyjemnością oglądają zdjęcia gwiazd i konta tych, którzy mają czas na wypicie popołudniowej kawy, czy też na leniwe poniedziałki w domu.
Jednak uważam, że to właśnie pewna doza tej ,,prawdziwości" zbliża do siebie autorów i czytelników. Pokazuje, że przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i nie każdy dzień jest idealnie wyjątkowy.
Jednak jak to jest ze mną? 


 Ostatnie miesiące były dla mnie przełomowe. Prawdziwy rollercoaster: nowy kraj, nowy język, nowe odczucia, nowe wyzwania, nowi znajomi, nowe mieszkanie, nawet nowe zwierzę. Wszystko nowe! Łatwo się w tym wszystkim pogubić. I choć nie należę do osób, które boją się zmian, tym razem wszystko było trochę inne. Zmieniając mieszkania, czy nawet kraj, gdy wyprowadziłam się do Szwecji, miałam w głowie pewien plan - wiedziałam jaki jest mój cel i miałam zarys tego, jak będzie wyglądał kolejny rok. Skończenie wszystkich studiów i szkoleń było wtedy moim priorytetem. Później przyszedł czas na zaplanowanie przeprowadzki do kolejnego kraju - Austrii. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę stoję przed morzem możliwości. Że nie ogranicza mnie nic, oprócz mnie samej. Ale to właśnie jest najtrudniejsze. Wiele osób gubi się przy nieograniczonych możliwościach, nie potrafiąc wybrać tego, co tak naprawdę jest dla nich ważne. Mogąc robić wszystko, wyjechać wszędzie, nie korzystają z tego ze strachu, ale też z wygody, pozostając w tzw. strefie komfortu. 
Ja na szczęście, pozostawiłam swoją dwa kraje w tyle. :-)
 Nie wiem, jak to jest, ale często przytrafiają mi się dobre rzeczy. Mówi się, że to dobra karma. Ale nie oznacza to, że każdy dzień usłany jest różami. Po wspaniałej, trzy tygodniowej podróży po Bałkanach przyszedł czas na zmierzenie się z tym, co tak naprawdę chcę robić w Austrii. Przyzwyczajona do szwedzkiej otwartości na język angielski (zwłaszcza na uczelni), mocno zdziwiłam się, gdy okazało się, że pomimo możliwości porozumiewania się w mieście właśnie w tym języku, możliwości związane z uniwersytetem, czy pracą są ściśle ukierunkowane na język niemiecki. Nie była to najwspanialsza wiadomość, biorąc pod uwagę, że oprócz płynnego angielskiego i podstawowego francuskiego, niemiecki był mi kompletnie obcy. Ba, austriacki również!
Planując doktorat na tutejszej uczelni spotkałam się także z niemiłą niespodzianką. Mój wymarzony kierunek został zamknięty, a jedyna angielska opcja dotyczyła działu, z którym owszem, miałam do czynienia, jednak nie byłby to mój pierwszy wybór. Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kropce. Przeszukiwałam angielskojęzyczne oferty pracy, oferty dla asystentów i wykładowców na uczelni, stresując się i nie słuchając kompletnie R., który powtarzał, że:
a) wszystko się ułoży 
b) nie ma sensu stresować się na zapas 
c) na pewno znajdę dla siebie coś odpowiedniego, ponieważ mam świetne wykształcenie 
I nie zgadniecie, co się później okazało?
No jasne! Że wszystko się ułożyło, nie było sensu się stresować i znalazłam dla siebie coś odpowiedniego, dzięki dobremu CV i... zbiegowi okoliczności. :-) 
Bowiem znalazłam pracę marzeń przypadkiem. W lesie!
 Dwa powyższe zdjęcia związane są właśnie z moją pracą. Słoneczne zdjęcia są z biura, zaś miasto to widok z restauracji Schlossberg w Graz, gdzie wzięłam udział w spotkaniu z delegatami. Jednak odnosząc się do samej sytuacji powyżej. Ten stresujący czas nie trwał długo, choć dla mnie to była prawdziwa wieczność. Nie mogłam skupić się na niczym innym. I dlatego uważam, że warto o tym wspomnieć. Żeby pokazać, że trudne chwile też się zdarzają. I że trzeba korzystać z okazji, nie bać się ryzykować. A stresujące momenty będą tylko fragmentem naszych opowieści.
Moja rozpoczęła się dość zabawnie. Na początku października odwiedził nas nasz polski znajomy, który postanowił przedostać się autostopem z Polski do Hong-Kongu (nie żartuję!), przy okazji przywożąc mi parę rzeczy z Polski i świetną ramkę-pamiątkę. Żeby pokazać mu Austrię i Graz od najlepszej strony, zorganizowałam małe zwiedzanie i spacery po górach. Podczas jednego z takich spacerów po okolicznym wzgórzu, szybko zrobiło się ciemno, jednak nie zraziło nas to. Podobnie jak innego wędrowcę, który schodząc z kijkami nordic-walking zagadał do nas po angielsku, słysząc fragment naszej rozmowy. Zainteresowany tym, co tu robimy i skąd pochodzimy, przedstawił się (i swoją profesję), porozmawiał z nami krótko, a na koniec... wręczył nam swoją wizytówkę.
Raczej nie codziennie spotyka się w lesie takie tajemnicze osobistości, a już w szczególności nie dostaje się tam wizytówek. I oprócz tego, że była to dość zabawna, choć miła sytuacja, nikt raczej nie zrobiłby z tym nic więcej.
Po wyszukaniu imienia właściciela firmy w internecie pojawiło się w mojej głowie tylko jedno zdanie: ,,Kurcze, gdybym wiedziała, czym się zajmuje to bym zapytała o pracę". Wiedząc, że byłoby to świetne połączenie z moimi studiami, pół-żartem, pół-serio po namowie R. postanowiłam napisać maila.
Po najbardziej pozytywnej rozmowie kwalifikacyjnej, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić (z ogromnym bufetem i szampanami Moët), stałam się jedynym angielsko-języcznym członkiem ekipy wśród samych Austriaków. Brzmi jak wyzwanie? :-) Od teraz może być już tylko lepiej!
 A teraz wracając do bardziej przyziemnych rzeczy, zaczynając pierwszą poważną pracę zrozumiałam, że zarządzanie swoim czasem to jedna z tych rzeczy, których koniecznie muszę się nauczyć. I choć atmosfera w pracy jest świetna, a w większości przypadków sama jestem sobie szefem w organizowaniu zadań, to zaczęłam tęsknić za możliwością spędzenia popołudnia w domu. :-) Na szczęście z wieczorami nie ma problemu i takim sposobem drugi rok z rzędu zawitałam na E.O.F.T (European Outdoor Film Tour), który jest pokazem filmów sportowych.
 Motywacja do nauki niemieckiego (bądź austriackiego :-)) jest tu niezbędna. Choć książki i płyty są tu przydatne, rozpoczęcie podstawowego kursu w szkole językowej było zdecydowanie dobrym krokiem. Oprócz tego staram się osłuchać z językiem w pracy i podłapywać jak najwięcej słów. Nie boję się mówić i to jest zdecydowany plus. A na zdjęciu obok październikowe świętowanie moich urodzin przy wieży zegarowej w Graz (Uhrturm).
 Miłym prezentem od mamy było podesłanie mi Gazety Lubuskiej, w której pojawiłam się wraz z R. w artykule poświęconym podróżom. A po prawej stronie mój urodzinowy upominek od Lisy! :)
 Jesień w Graz i ogólnie w Austrii była piękna, słoneczna i kolorowa. Było to zdecydowane przeciwieństwo Falun w Szwecji, gdzie niemalże każdy dzień był... czarny. :-)
 Potreningowe przekąski to coś, co lubię najbardziej. Choć aktualnie w czasie adwentowym bardziej kusi wszystkich grzane piwo, wino lub poncz. Moim ulubionym jest ten o smaku pierniczkowym z bitą śmietaną. Mniam! W mieście pojawiły się też słynne odwrócone choinki.
 I fragmenty z bałkańskich podróży. Jeszcze przez pewien czas będę tu publikowała relacje z wakacji dla ocieplenia aktualnych temperatur, które mamy za oknem.
 Moje nowe mieszkanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Przestronne, jasne, z balkonem i widokiem na pobliskie góry - to lubię! Zaczęłam też powoli dekorować ściany swojego pokoju. A po prawej stronie prawdziwa austriacka zima, która zaczęła się już na początku listopada. Choć w miastach raczej tego nie doświadczymy zbyt prędko, to w Alpach śniegu jest już pod dostatkiem!
 Tablica-naklejka to świetny sposób na urozmaicenie. Jedna z nich pojawiła się na drzwiach pokoju i służy za planner dla R. oraz za miejsce dla moich bazgrołów.
 Kot w domu to zdecydowany plus. Minusem jest to, że miauczy z samego rana w wolne dni. :-)
 Bliskość gór i natury to coś, co kocham w Austrii. I te widoki! A po górskich wycieczkach najlepiej skusić się na ciasto. Na przykład o smaku awokado z kakao. Przepis w zakładkach.
 Wakacyjne wspomnienia to coś, do czego lubię wracać i wkrótce też postaram się przyozdobić nimi moje ściany. Chciałabym też poświęcić więcej uwagi dekoracjom. Do tej pory nie był to mój priorytet. Oprócz lampek (fairy lights) i świeczek, czy paru zdjęć, nie skupiałam się na tym zbytnio, ponieważ wiedziałam, że wkrótce zmienię mieszkanie i przeprowadzka z dużą ilością rzeczy nie jest zbyt wygodna. Teraz trochę zmieniłam zdanie. :-) Dobrze mieć coś, co ociepli wnętrze i sprawi, że będzie bardziej domowo.
A co u was słychać? :-) Jakie są wasze plany na przyszłość?

Przeczytaj również

14 komentarze

  1. Super się to czyta! Aż mam ochotę zrobić coś szalonego :) powodzenia w nowej pracy.
    PS kot to zawsze plus <3

    wołejko

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny wpis, motywujący, podnoszący na duchu, realistyczny a jednocześnie optymistyczny. Podziwiam za odwagę, wytrwałość i uśmiech, który prawie nie znika z Twojej twarzy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem "nowa" na Twoim blogu, ale po przejrzeniu kilku wpisów już wiem, że będę stałym gościem :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. A co to za tajemnicze stanowisko pracy? Zostałaś leśniczym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, prawie jeśli liczy się las za oknem w biurze :D
      Nie mam jednego zadania, wszędzie mnie pełno, ale głównie jest to bezpieczeństwo i kontakty międzynarodowe Austria-Kasachstan :) Idealnie dopasowana pod studia.

      Usuń
  5. Co studiowalas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce bezpieczeństwo wewnętrzne i psychologię kryminalną, w Szwecji nauki polityczne :-)

      Usuń
  6. Gratulacje!, super się czyta takie motywujące wpisy. A tak z ciekawości, to co (chociaż mniej więcej) będziesz robić w swojej nowej pracy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :)
      Zajmuję się międzynarodowymi projektami i właśnie dostałam nowe biuro :)
      Nigdy nie jest nudno, zawsze dzieje się coś nowego, mam bardzo duże pole do manewru i sama jestem sobie szefem :)

      Usuń
  7. "Jednak uważam, że to właśnie pewna doza tej ,,prawdziwości" zbliża do siebie autorów i czytelników. Pokazuje, że przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i nie każdy dzień jest idealnie wyjątkowy."

    Zaryzykuję z nadzieją, że tak: masz snapa? ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie, ale czasem wrzucam cos w podobnym stylu na "Instagram stories" :) Probowalam nawet uzywac snapa jakis czas temu, ale to dla mnie zbyt czasochlonne.

      Usuń